HistoriaPrzełomowy moment wojny

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

22 czerwca 2021 r. przypadła 80 rocznica inwazji III Rzeszy na ZSRR, będąca realizacją planu „Fall Barbarossa”. Dla ZSRR był to początek Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, której narracja była obowiązującą do końca istnienia ZSRR i obowiązuje również do dnia dzisiejszego w Rosji, stanowiąc jeden z najważniejszych elementów polityki historycznej tego kraju, można powiedzieć, że jest kluczowym w tej polityce czynnikiem jednoczącym mieszkańców współczesnej Rosji.

Wielka Wojna Ojczyźniana uległa bez zwątpienia sakralizacji, stąd tak ciężko Rosji i Rosjanom przyjmować jakąkolwiek krytykę zwycięskiej Armii Czerwonej i poniekąd, i samego Stalina z tego okresu. Przykładem takiej jednostronnej wizji jest również artykuł prezydenta Władimira Putina ogłoszony na łamach prasy zachodnioeuropejskiej przy tej okazji. Trzeba od razu stwierdzić, że tezy Putina odnoszące się do tego, co stało się po wojnie, a zwłaszcza po rozwiązaniu ZSRR, zwłaszcza dotyczące odrzucenia przez Zachód pomysłu stworzenia jednego obszaru współpracy, pokoju i bezpieczeństwa od Lizbony po Władywostok i kolejne rozszerzenia NATO, tego epigona Zimnej Wojny, którego istnienie, zakładające posiadanie wroga,  podsyca konflikty i nie pozwala na budowę czegoś nowego, nie obciążonego historią, są jak najbardziej słuszne.

Idealistyczna ocena i wizja Wojny Ojczyźnianej, roli Armii Czerwonej i ZSRR, nie wytrzymują poważnej krytyki historycznej, jednak nawet ta idealistyczna wizja Putina nie jest w żadnym wypadku równoważona przez nic innego jak historyczną aberrację IPN i polskich rusofobów, którzy widzą wyłącznie negatywy po stronie radzieckiej i to przedstawiane w sposób skrajny i wręcz karykaturalny. Tymczasem dla każdego człowieka starającego się oceniać historię II wojny w sposób zmierzający ku obiektywizmowi jasne jest, że Niemcy stanowiły śmiertelne zagrożenie dla Polski i Polaków, a w razie ich ostatecznego zwycięstwa, nawet dla dalszego bytu fizycznego narodu polskiego. Prawdą niepodważalną tej wojny jest to, że została ona wygrana głównie wysiłkiem ZSRR i Armii Czerwonej, która powstrzymała inwazję a później zdruzgotała niemieckie siły zbrojne. ZSRR uczynił to z wielką pomocą materialną od USA i Wielkiej Brytanii, ale w zamian państwa te nie musiały ponosić strat w ludziach choćby w niewielkim przybliżeniu odpowiadających stratom ZSRR. Przystąpiły do wojny lądowej z Niemcami w Europie dopiero w czerwcu 1944 r., aby zebrać polityczne owoce swojego zaangażowania, w sytuacji, kiedy III Rzesza nie była już w stanie pokonać Armii Czerwonej na wschodzie, a cóż dopiero walczyć na wszystkich kierunkach.

Są to fakty nie do zbicia żadną interpretacją czy tym bardziej głupią retoryką. I nawet idealistyczna jednostronność Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w wykonaniu Rosji, która nie przyjmuje do wiadomości, że nie wszyscy byli aniołami w wielomilionowej armii, a wersja wolności przynoszona przez Armię Czerwoną w tej narracji, nie była tym, czego oczekiwały państwa zrujnowane przez wojnę, leżące w Europie Środkowo-Wschodniej, z Polską na czele, która w dużej mierze słusznie uważała się za niewinną ofiarę (dla ewentualnych oburzonych – w dużej mierze, gdyż ocena obiektywna polega na tym, że jeżeli uważamy, że mogliśmy przed wojną lawirować między wschodem a zachodem, odrzucać pakt wschodni, czy jakąś formę porozumienia z ZSRR w 1939, a także de facto wspieraliśmy Hitlera w rozbiorze Czechosłowacji, nie będąc zaproszonymi do stołu w Monachium, to trudno mieć pretensje do ZSRR, że także lawirował mając na uwadze własny, a nie nasz interes), i która podejmując dzielną walkę z okupantem niemieckim na wszystkich frontach wojny, oczekiwała po tej wojnie czegoś więcej niż pomniejszenia terytorium i niż państwa, co prawda z wszystkimi atrybutami państwa niepodległego, ale w istocie o suwerenności zwłaszcza zewnętrznej, ograniczonej na rzecz potężnego sąsiada.

Dlatego niezależnie od wielu ogromnych pozytywów związanych z ukształtowaniem Polski powojennej, nasza ocena wyzwolenia od okupacji niemieckiej przez Armię Czerwoną zawsze będzie odmienna od rosyjskiej. Rzecz nie w tym, aby szukać wypadkowej, której tu znaleźć się nie da, ale żeby porozumieć się ponad historią, a co do niej samej, starać się wzajemnie zrozumieć, co wcale nie oznacza zgody na wersję drugiej strony. Skrajny fanatyzm polski jest tu oczywiście przeszkodą nie do przekroczenia, ale trzeba również przyznać, że idealistyczna wersja rosyjska nie pomaga wzajemnemu zrozumieniu nawet środowisk rozsądnych po obu stronach.

O stronie wojskowej tej największej i najważniejszej, jeżeli chodzi o konsekwencje, operacji II wojny światowej, napisano miliony stron książek i artykułów tak naukowych jak i popularnych, nakręcono dziesiątki filmów, zarówno w epoce, dokumentujących wojnę z obu stron, jak i dokumentalnych i fabularnych, kręconych z różnych punktów widzenia po wojnie. Nie ma zatem wiele do dodania w tej kwestii. Dość powiedzieć, że niemieckie niepowodzenie Barbarossy i w efekcie klęska w całej wojnie miały swoje źródło po pierwsze, w układzie Ribbentrop – Mołotow i podziale Polski pomiędzy III Rzeszę i ZSRR, co oznaczało dla Niemiec konieczność dodatkowego zdobywania kilkuset kilometrów terenu oraz opóźnienie agresji na ZSRR w samym 1941 r. na skutek konieczności wspomożenia Włochów pokonanych przez dzielnych Greków. Zwróćmy jednak uwagę na paradoks historii. Ten złowrogi pakt Ribbentrop-Mołotow, stał się nie tylko jedną z przyczyn II wojny, ale i praprzyczyną niemieckiej klęski.

Nie możemy wykluczyć, że III Rzesza, atakując ZSRR z granicy ryskiej zdobyłaby i Moskwę, i Leningrad, i później Stalingrad, pola naftowe, i połączyłaby się z Afrika Korps na Bliskim Wschodzie. Wtedy doszłoby do pokoju podyktowanego przez Niemcy, na który zgodziłaby się i Wielka Brytania i pozostałości po ZSRR, a Stany Zjednoczone mogłyby pozostać jako neutralny rozjemca. Nie jest to tylko fikcja historyczna. Gdzie wtedy byłoby miejsce Polski? Odpowiedź jest zbędna. Zamiast tego mieliśmy zagładę niemieckiego wroga, przymusowe wycofanie Niemiec i wysiedlenie ludności z ziem od tysiąca lat zajmowanych pokojowo i niepokojowo przez niemczyznę i uzyskaliśmy państwo nieobciążone milionami mniej lub bardziej nieprzyjaznych i źle czujących się w Polsce mniejszości narodowych. Państwo, które dokonało ogromnego skoku cywilizacyjnego i krok po kroku zwiększało swoją suwerenność. Państwo, w którym wciąż żyjemy i żyć będziemy. Ten wybór został dokonany za nas i arbitralnie przez zwycięskie mocarstwa.

Karta Atlantycka była dla naiwnych idealistów i na pokaz, rzeczywistość nie pozwoliła na jej realizację – zamiast tego nowy świat ułożyli najpotężniejsi zwycięzcy. I ten świat, z pewnymi zmianami, podtrzymywany jest do dzisiaj przez USA. To Polska i inne kraje Paktu Warszawskiego uwolniły się spod dominacji ZSRR, ale Europa Zachodnia trwa w swym uzależnieniu od USA, którego źródłem jest Plan Marshalla a strażnikiem NATO. Nie bądźmy naiwni, uzależnienie od USA, choć inne w wyrazie od uzależnienia od ZSRR (zamiast strachu, „pokojowa” inwazja amerykańskości, początkowo pop kultury, ale później coraz groźniejszych, degradujących starą Europę ideologii), nadal pozostaje uzależnieniem. Tylko, ze tamto uzależnienie się skończyło, a to trwa…

To wszystko dalekosiężne konsekwencje inwazji z 22 czerwca 1941 r. Ale także wówczas, krótkoterminowo, polityka polska niczego nie potrafiła prawidłowo odczytać, żeby chociaż ratować, co się da. Porozumienie Sikorski-Majski było absolutną koniecznością i czymś wyjątkowym, jeżeli chodzi o warunki, na jakie zgodziła się strona radziecka. A jednak polscy politycy w Londynie, ze Stronnictwem Narodowym włącznie rozpętali niebywały atak na gen. Sikorskiego za niezagwarantowanie granicy ryskiej. Tak naprawdę jednak tylko ktoś nieskończenie naiwny mógł spodziewać się, że pośród dziesiątek złamanych przez wybuch II wojny światowej traktatów, akurat Traktat Ryski pozostanie w mocy bez zmian i że przeciwni takiej granicy Polski na wschodzie nasi alianci z II wojny światowej zaryzykują swoje własne interesy dla obrony tej granicy. Wszak jak wspominał Edward Raczyński wizytę w USA w 1942 r. : „W rozmowie ze mną p. [Adolf Augustus] Berle, wówczas jeden z podsekretarzy stanu w departamencie stanu w Waszyngtonie powiedział (24 lutego) – Rosja wyjdzie z wojny jako jedno z nielicznych mocarstw światowych. Nie jest do uniknięcia uwzględnienie interesów i postulatów takiego organizmu. Nie jest również do pomyślenia, by nieograniczona suwerenność w znaczeniu przedwojennym małych państw mogła stanąć na drodze koniecznej i naturalnej ekspansji politycznej i gospodarczej wielkiego organizmu”.

Tymczasem, na znak protestu dymisję złożył m.in. minister Marian Seyda, reprezentujący wówczas Stronnictwo Narodowe. Na dymisję tą zareagował polityczny stronnik Mariana Seydy wewnątrz ruchu narodowego, Stanisław Celichowski, który był jednym z beneficjentów układu Sikorski-Majski. W liście do Seydy z 23 grudnia 1941 r. Celichowski napisał:

„Dzięki ambasadorowi znalazłem wczoraj kres mego tułactwa po więzieniach, obozach pracy i kołchozach, w Kujbyszewie, skąd przesyłam życzenia świąteczne. Ubolewam nad Pańskim ustąpieniem z Rządu, w którym ziemie zachodnie winny być przede wszystkiem reprezentowane przez popularnego przedstawiciela programu narodowego, niekoniecznie oficjalnie z ramienia stronnictwa. Wobec obecnej sytuacji Polski oczywiście nie czuję się skrępowanym żadnymi więzami organizacyjnymi, idąc tylko za głosem mego sumienia narodowego. Zresztą Nowa Polska wymagać będzie rewizji wielu poglądów, mianowicie w dziedzinie taktyki politycznej oraz bardzo gruntownej selekcji wśród dotychczasowych wielkości politycznych z niezdrowymi ambicjami, małych dyktatorów. Z doktrynerami o małej inteligencji należy prowadzić nieustępliwą walkę. Układ polsko-sowiecki uratował życie dziesiątkom tysięcy, a może setkom tysięcy Polaków przebywających w tundrach i tajgach, a wyleczonych z wszelkich sympatii do komunizmu, zaprawionych ciężkimi przeżyciami do walki o nową Polskę, choć i obecnie jeszcze śmierć zbiera wśród nas obfite żniwo, mianowicie wśród kobiet i dzieci. W interesie przyszłego, zdrowego fizycznie i moralnie pokolenia należy wytężyć wszystkie siły i nie szczędzić środków finansowych.

Naród polski poniósł już takie straty w materiale ludzkim, że dalszy uszczerbek – wobec koniecznych poza tym jeszcze ofiar na polu bitew – może być katastrofą. Stworzenie na tutejszym terenie jak najsilniejszej armii, która by po rozgromieniu Niemiec przy wkraczaniu wojsk sowieckich od wschodu w granice Polski, znalazła się przy ich boku, uważam za podstawową sprawę naszej polityki.

Seyda, atakowany przez wicepremiera Mikołajczyka, bronił się: „Zgodnie z długoletnią tradycją ruchu narodowego, w którym stoję od samego początku bieżącego wieku, byłem i jestem zwolennikiem porozumienia z Rosją, a moja opozycja w rządzie zmierzała tylko do poprawienia brzmienia odnośnych przepisów umowy, co tez później, po dymisji mojej i dwóch innych ministrów, nastąpiło w poważnej niewątpliwie mierze. O okolicznościach, które spowodowały, że się w związku z tą sprawa podałem do dymisji, pisać nie będę. W każdym razie – jak wynika z powyższego – celem moim nie była żadna rozgrywka polityczna. Jestem przeciwnikiem bezwzględnym gier i intryg między Polakami, które tak zatruwają atmosferę polityczną, a które jak gdyby ignorowały fakt, że na szalę dziejów rzucony jest dzisiaj los narodu polskiego na długie pokolenia”.

Niestety, to, co nastąpiło później, było tragicznym błędem polityki ośrodka londyńskiego. Doszło do ewakuacji Armii Andersa i ludności cywilnej z ZSRR do Iranu. O ile ewakuacja cywili była całkowicie zrozumiała, to wyjście wojska było katastrofą dla polityki polskiej. Pozbawiło rząd emigracyjny najważniejszej karty przetargowej i to raz na zawsze. Wszystkie tłumaczenia tego tragicznego faktu nie wytrzymują krytyki. To polskie dywizje podległe rządowi londyńskiemu byłyby najlepszym zagwarantowaniem układu Sikorski-Majski.

Adam Śmiech

Myśl Polska, nr 27-28 (4-11.07.2021)

 

Redakcja