FelietonyRusofobia może okazać się już nieopłacalna

Redakcja4 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Wszystkim dyżurnym rusofobom pragnę złożyć wyrazy współczucia: łączę się z wami w bólu, który musicie dziś przeżywać. Wasza nieprzejednana nienawiść do wszystkiego co rosyjskie albo sowieckie (tego nie umiecie rozróżnić) wynikała z jakże dla was oczywistego przekonania, że nasz wszechwładny protektor, jedyny obrońca wolnego świata i czegoś jeszcze był, jest i będzie zawsze antyrosyjski i może nawet pochwali waszą determinację w słownej agresji przeciwko „imperium zła”.

Przecież – jak od lad udowodniacie – „strategiczny sojusz” Polski ze Stanami Zjednoczonymi, jest jedyną gwarancją naszej niepodległości, która jest (waszym zdaniem) z istoty antyrosyjska. W swoim zacietrzewieniu jakoś nie przyszło wam do głowy, że amerykański protektorat i sam wielki protektor stworzył ustrój, który nazywacie liberalną demokracją, a jej największym osiągnięciem jest urynkowienie wszystkiego co się da, w tym również polityki. Skoro od dziesiątków lat w tym ustroju „towarem” są nie tylko poglądy, ale przede wszystkim polityka, to dlatego odrzuciliście jako niemożliwy scenariusz, w którym ktoś za pieniądze w sposób jak najbardziej legalny zainwestuje na tym rynku i kupi (ma to przecież swoją cenę) zmianę polityki amerykańskiej w stosunku do Rosji.

Przecież od dziesiątków lat rządy amerykańskie robiły to w sposób dość bezceremonialny i „wspierały demokrację” w wielu państwach, w tym również w Polsce, skutecznie inwestując na rynku politycznym doprowadzając do trwałych przeobrażeń na politycznych scenach. Oczywiście inwestycje te były w waszym przekonaniu wręcz błogosławieństwem dla tych państw, bo dzięki nim władzę zdobywały partie na wskroś „liberalne” i „prozachodnie” rozszerzające przestrzeń tzw. wolnego świata. Ale inni się też czegoś nauczyli i wpadli na pomysł, aby zainwestować w politykę amerykańską po to, aby przestała być dla nich szkodliwa. Czy robili coś złego? Przecież tylko dostosowali się do kanonów liberalnej demokracji, przyjmując jej reguły będące niedoścignionym dla wszystkich wzorem doskonałości ustroju demokratycznego.

Skoro władze w Waszyngtonie szkodzą jakiejś inwestycji (ktoś zainwestował w owo szkodzenie), to poszkodowany może przelicytować i kupić sobie zmianę tej polityki. Prosty rachunek zysków i strat: jeśli chcemy uniknąć większych strat, trzeba wydać mniej, bo to się dziś opłaca. Ile kosztuje zmiana tej polityki? Jak zawsze tyle, ile trzeba na to wydać. Według dotychczasowych informacji było to łącznie 14 tys. dolarów (4 tys. + 10 tys.), czyli w sumie nie tak duże pieniądze. Widać tyle warty jest ten problem.

Zgadzam się z wami, że polityka Zachodu, a zwłaszcza amerykańska kieruje się uniwersalnymi wartościami i zasadami (ten ma rację, kto więcej zapłaci). Są to zasady mądre, sprawiedliwe a przede wszystkim na par excellence zachodnie.

A jeśli ktoś nie pożałuje grosza i jeszcze coś zainwestuje na tym rynku, to okaże się że Stany Zjednoczone z Rosją łączyć będzie dozgonna przyjaźń, wręcz braterstwo, zwłaszcza wobec wspólnego zagrożenia ze stron najsilniejszej gospodarki współczesnego świata, czyli Chin. To przecież dość oczywisty rachunek: dwaj słabsi w tej triadzie partnerzy powinni zbliżyć się w celu przeciwstawienia się nowemu supermocarstwu, od którego zależna jest gospodarka całego świata. Tylko połączenie potencjałów amerykańskiego i rosyjskiego tworzy równowagę sił w świecie; reszta może przyłączyć się albo do jednej albo drugiej strony pogłębiając stabilizację świata.

Co wtedy zrobią nienawistnicy, którzy tyle sił poświęcili w walce z „zagrożeniem rosyjskim”? Odpowiedź jest prosta: zmienią zdanie, bo dotychczasowe poglądy przestaną być opłacalne. Nikt do nich dokładać nie będzie. Nagle zniknie polska rusofobia, bo przecież będą już „inne priorytety”. Takie cuda może nieść za sobą tylko doskonały ustrój jak liberalna demokracja.

Prof. Witold Modzelewski

Redakcja