PublicystykaRusofobia i upolitycznienie uczelni

Redakcja9 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Bez większego zainteresowania mediów i środowiska akademickiego niespodziewanie zamknięta  została 15 lutego  br. działalność Centrum Kultury i Języka Rosyjskiego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie i Fundacji „Russkij Mir” w Moskwie.

Zamknięta została na żądanie władz uczelni, tej samej, która w 2005 roku – odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne w zakresie znajomości języka rosyjskiego – utworzyła ośrodek egzaminacyjny na certyfikat z jego znajomości, zgodny ze standardami i wymogami Rady Europy. Na bazie tego ośrodka powstało Centrum Języka Rosyjskiego współpracujące z Petersburskim Uniwersytetem Państwowym i Centrum Egzaminacyjnym Języka  Rosyjskiego dla Obcokrajowców na tym Uniwersytecie.

O dynamice rozwoju krakowskiego Centrum i jego społecznej oraz  kulturotwórczej roli świadczy fakt, iż już w 2009 roku senat Uniwersytetu Pedagogicznego – w reakcji na potrzeby różnych środowisk krakowskich, a także z obszaru Województwa Małopolskiego – przekształcił je w Centrum Kultury i Języka Rosyjskiego. Zgodnie z poszerzonym profilem działalności Centrum prowadziło –  czytamy w jego ofercie – kursy języka rosyjskiego na wszystkich poziomach zaawansowania, naukę języka rosyjskiego w biznesie i dla tłumaczy, egzaminy na Międzynarodowe Certyfikaty TRKI zatwierdzane przez Ministerstwo Oświaty Federacji Rosyjskiej, kursy indywidualne (A1-C2), letnie kursy języka rosyjskiego na terenie Rosji, a także różnego rodzaju seminaria i szkolenia, konferencje na temat kultury rosyjskiej, spotkania z jej przedstawicielami, koncerty i pokazy filmowe.

Zainteresowanie działalnością Centrum było wciąż duże, pomimo zmiany relacji polsko-rosyjskich w 2014 roku. Nic nie zapowiadało jego zamknięcia. Tym bardziej,. że bez przeszkód, mimo pandemii działają nadal w Krakowie  inne zagraniczne instytuty kultury: Instytut Francuski, niemiecki Instytut Goethego, hiszpański Instytut Cervantesa, angielski British Council. Wszystkie zajmują się promocja języka i kultury swoich krajów. Nikt nie składa na nie skarg, podobnie jak nikt nie składał skarg na rosyjskie Centrum. Przeciwnie, wielu Polaków – m.in. doktorantów i młodych pracowników naukowych – poszerzyło  swoje  możliwości intelektualne i zawodowe, uzyskując dzięki Centrum międzynarodowy certyfikat znajomości języka rosyjskiego.

Jego nagłe zamknięcie – na żądanie władz uczelni – jest zdecydowanie wrogim aktem wobec Federacji Rosyjskiej i nie mogło się dokonać bez politycznego przyzwolenia polskich władz. W tej sytuacji należy oczekiwać retorsji ze strony Rosji i ciągu dalszego ze strony Polski, która wciągnęła do swych zmagań z Moskwą polskie uczelnie i polską naukę. Nie trzeba być wielkim znawcą tej geopolitycznej gry, aby przewidzieć jej skutki: Rosja niczego w tej walce nie traci, nie tracą również patronujące polskiej rusofobii Stany Zjednoczone oraz Unia Europejska i NATO jako zbrojne ramię ich transatlantyckiej polityki. Traci wyłącznie Polska – na własne życzenie – a raczej na życzenie rządzących nią elit z nadania amerykańsko-unijnych ideologów tej polityki.

Świadectw rusofobii w polskiej nauce i na polskich uczelniach jest bez liku, nade wszystko w takich dyscyplinach jak historia, politologia, socjologia, ekonomia  – takich, które mają bezpośredni wpływ na kształtowanie nie tylko polityki międzynarodowej, ale również na świadomość historyczną, społeczną i patriotyczną współczesnych Polaków. Nauki społeczne, a także istniejąca  już tylko z nazwy humanistyka przestały służyć prawdzie i wychowywać w prawdzie. Ich przedstawiciele wprowadzili do dyskursu „naukowego” pojęcie postprawdy, które pozwoliło im wygenerować pojęcie postczłowieka i posthumanizmu. Dzięki takim procesom udało się podporządkować naukę i uczelnie interesom globalnego liberalizmu, kontrolowanego przez ideologów transatlantyzmu.

Upolitycznienie tych obszarów w Polsce dokonało się bezboleśnie – przez narzucenie im zasad PC – political correctness – oraz bezmyślną amerykanizację. Od 2014 roku – momentu przyjęcia przez Polskę  jawnie antyrosyjskiej polityki – rusofobia stała się podstawowym elementem politycznej poprawności i wierności wzorcom amerykańskim. Nieliczni są ci, którzy się jej nie podporządkowali – niezależni uczeni spod znaku konserwatyzmu. Nie ulegli chorobie grantowej i tzw. punktozie, robią swoje, a często jeszcze podejmują bezinteresowne działania dla coraz bardziej deprecjonowanego dobra Polski.  Ono też sprawia, że tę zdeterminowaną  mniejszość można jeszcze nazwać polską inteligencją.

Biznes i nauka

Reszta bowiem to tzw. eksperci, angażujący swój potencjał naukowy w każde działanie, z którego płyną pieniądze. Założenie ich jest takie: jeśli od lat płyną pieniądze polskiego podatnika na rusofobiczne projekty, konferencje i staże pod hasłem Rosja zagraża Polsce, Europie i światu – trzeba z nich korzystać. Tomów pokonferencyjnych, grantów, płatnych szkoleń  na temat bezpieczeństwa wobec rosyjskiego zagrożenia jest wystarczająco dużo, aby wypełnić nimi sporą bibliotekę, porównywalną z tą, która powstała na gruncie ideologii marksistowskiej.

Rusofobia w nauce i na uczelniach związana jest bezpośrednio z ich merkantylizacją. Dokonała się  ona dzięki „ludziom nauki”, którym jest obojętne skąd płyną pieniądze i na jakie badania. Granty – najlepiej zagraniczne –  zachodnie stypendia i kontrakty, praca na dwóch etatach – to kryteria, którymi kierują się kalkulatorzy i koniunkturaliści. Potrafią tworzyć nieformalne, oparte na niejawnych powiązaniach grupy interesów, świadczące wzajemne usługi, które  polegają nie tylko na  pozytywnym recenzowaniu wniosków awansowych w nauce, ale również wniosków o przyznanie grantu lub nagrody. W ten sposób powstała oligarchia naukowa, żerująca na polskim podatniku i przyczyniająca się do wyniszczenia polskiej nauki. Osoby z nią związane nie są bowiem zainteresowane ani wzrostem nakładów na naukę, ani ich podziałem na działalność statutową jednostek naukowych oraz finansowane konkursowe w ramach NCN (Narodowego Centrum Nauki), NCBiR (Narodowe Centrum Badań i Rozwoju) NPRH (Narodowy Program Rozwoju Humanistyki).

Nakłady te,  nie dość, że są żenująco niskie – w 2019 roku nie przekroczyły 1% PKB  przy średniej w UE  2%, ale są również  niesprawiedliwie dzielone. Lwia ich część jest przeznaczana na finansowanie konkursowe, w którym szansę pozyskania grantu ocenia sią na 20%.  Dlatego szczególnie ważny jest tryb ich przyznawania – na podstawie recenzji wniosku grantowego. Tryb ten jest rażąco wadliwy, gdyż jawna pozostaje w nim jedynie sama recenzja wniosku, natomiast utajnione jest nazwisko jej autora. Jest to ciemna strona finansowania konkursowego, które umożliwia świadczenie wzajemnych usług, dokonywanych na podstawie różnych powiązań – od politycznych po kulturowe i wspólnotowe. Jednocześnie uniemożliwia dostęp do finansowania badań osobom o poglądach odbiegających od obowiązującej po 1989 roku w polskiej nauce politycznej poprawności aż po ich dyskryminację.

Dyskryminowane są – nade wszystko w naukach humanistycznych i społecznych – m.in. tematy dotyczące roli dziedzictwa chrześcijańskiego  i wartości chrześcijańskich jako gwaranta tożsamości kulturowej i narodowej w epoce globalizmu, zagrożeń cywilizacyjnych, religijnych i narodowych w jednobiegunowym świecie, negatywnych procesów związanych z tzw. makdonaldyzacją (amerykanizacją, westernizacją) kultury w skali światowej, antropologicznych zagrożeń ze strony genderyzmu. Jeszcze bardziej selektywny jest proces przyznawania funduszy na badanie związane bezpośrednio ze sferą polityki i tzw. polityką historyczną.

Obecnie niemożliwe jest otrzymanie funduszy na prace dotyczące np. przyczyn ludobójstwa chrześcijan na Bliskim Wschodzie, izraelskiej polityki apartheidu na okupowanych terenach Palestyny, ludobójstwa dokonanego przez neobanderowskie władze w Kijowie na ludności rosyjskiej w Donbasie, ogromnych kosztów poniesionych przez kraje członkowskie UE w wyniku nałożonych przez Brukselę (pod  presją USA) sankcji  na Rosję, zbrodniczego charakterze NATO (bombardowanie Jugosławii, wojna w Afganistanie i Irak, bombardowanie Libii i jej demontaż, walka z Syrią i jej legalnym prezydentem Baszarem al-Assadem). Za tematy niebezpieczne w konkursach grantowych uchodzą nadal wszystkie te, które dotyczą ludobójstwa dokonanego prze OUN-UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Natomiast w ramach rusofobii niemożliwe jest otrzymanie jakiegokolwiek grantu na temat Rosji, ukazującego jej pozytywne oblicze. – Dwa razy starałam się o grant z NCN na temat chrześcijaństwa w Rosji – 1. XX wieku, 2. XXI wieku. Otrzymałam odmowę z druzgocącymi recenzjami. 

Przykłady tematów dyskryminowanych w konkursach grantowych można mnożyć. W tej sytuacji utajnianie nazwisk autorów recenzji zarówno pozytywnych, jak i negatywnych, jest nie tylko niezrozumiałe, ale również merytorycznie nieuzasadnione. Jest podyktowane względami politycznymi oraz skrywaną walką ideową w sferze nauki. Stoi w jawnej sprzeczności z  zasadami przyznawania dotacji na działalność statutową, które są jasno określone, jawne i weryfikowalne – na podstawie tzw. parametryzacji i kategoryzacji jednostki naukowej,  wynikającej z jej osiągnięć potwierdzanych nade wszystko przez publikacje czy też wdrożenie opracowanych wynalazków.

Uczciwi badacze, których nie brak, skazani są poprzez funkcjonujący mechanizm na ostrożność w podejmowaniu problematyki badawczej – zwłaszcza w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych – kalkulacyjność oraz przewidywalność. Chcąc zachować normy aksjologiczne – naukowe i etyczne – zmuszeni są do takiej strategii roztropności, która pozwoli im obejść wytyczne dyktatury politycznej poprawności i relatywizmu. Niewielu jednak jest w stanie zmienić strategię i wystąpić z otwartą przyłbicą przeciw dotychczasowemu finansowaniu nauki i domagać się zwiększenia nakładów na nią z budżetu państwa oraz wyeliminowania z procedur grantowych kryteriów pozanaukowych – politycznych i ideologicznych.

Nawet wobec militaryzacji polskiego budżetu, dokonanej za rządów PO-PSL i prezydentury Bronisława Komorowskiego, a podtrzymanej przez obecny rząd PiS oraz prezydenta Andrzeja Dudę – środowisko naukowe nie jest w stanie wystąpić z żądaniem zwiększenia nakładów na naukę. Słabość, rozbicie i wewnętrzna konkurencyjność – zamiast solidarności – sprawiają, że nie stanowi ono społeczności zdolnej do działania w obronie nie tylko dobra wspólnego, ale nawet  własnych interesów. Tym bardziej nie jest ono zdolne do walki z rusofobią.

Prace służące rusofobii

Do panowania rusofobii w uniwersyteckiej politycznej poprawności przyczyniły się również te prace, które ukazują niezgodny z faktami i historiografią negatywny obraz historii Rosji i jej współczesności. Bez zaangażowania w bezpośrednią walkę polityczną uzyskują bowiem efekt pożądany przez zagorzałych rusofobów: przekonanie odbiorców tych prac, że Rosja była i jest imperium zła. Takie prace powstawały również przed 2014 rokiem, otwierającym – z powodu „majdanu” w Kijowie – epokę rusofobii w Polsce. Takie prace nie muszą kłamać wprost – wystarczy, że ich autorzy postawią nowe akcenty na przeszłości czy teraźniejszości rosyjskiej, przemilczą momenty istotne dla prawdy historycznej, antropologicznej, aksjologicznej. Jako przykład może posłużyć książka Joachima Dieca z 2013 roku „Konserwatywny nacjonalizm. Studium doktryny w świetle myśli politycznej Igora Szafarewicza”. Tytułowe studium (s. 201-318) poprzedzone zostało obszernym rozdziałem (s. 113-199) poświęconym ideom konserwatywnym i nacjonalistycznym w Rosji XIX i XX wieku. Niby mamy powtórkę z prac Andrzeja Walickiego, ale zupełnie inne w niej akcenty merytoryczne, zmieniające przegląd tych idei. Znika z nich idea Moskwy – Trzeciego Rzymu, „idea rosyjska” w koncepcji Władimira Sołowjowa i Fiodora Dostojewskiego, Polska jako Judasz Słowiańszczyzny, koncepcja Jurija Samarina polskiego polonizmu jako klina łacinizmu wbitego w Słowiańszczyznę.

A więc znika to, co stanowi istotę paradygmatu cywilizacyjnego tego konserwatyzmu: Rosja – Europa. Doktrynalne wręcz znaczenie autor przypisuje natomiast Czarnej Sotni i związanym z nią marginalnym partiom politycznym ze względu na występującą w nich kwestię „świata nierosyjskiego” w Rosji z akcentem na kwestię żydowską. Awans Czarnej Sotni do roli elementu doktryny konserwatywnego nacjonalizmu nie rekompensuje wprawdzie braku w niej idei Moskwy-Trzeciego Rzymu, ale ukazuje groźne oblicze Rosji, które mogłaby złagodzić jej religijno-polityczna wizja jako centrum wschodniego chrześcijaństwa. Niby nic, subtelne zmiany, subtelne przemilczenia i mamy nową jakość naukową – z ducha politycznej poprawności, której nieprzejednanym wrogiem był Andrzej Walicki.

Drugi przykład jest nieco inny – w inny też sposób służy rusofobii. To wydana w 2019 roku książka Anny Jach „Pozarządowy sektor niekomercyjny w Rosji w latach 2000-2018”  (projekt okładki – Mirosław Jach,  indeks – Mirosław Jach – publikacja rodzinna?). Książka jest wykazem przepisów, ustaw, tabelek, wykresów, które czytelnik może odebrać jako bełkot socjologiczno-politologiczny, gdyż nie oddają  nawet w części rzeczywistego obrazu współczesnej Rosji i działających w niej organizacji pozarządowych. Wykazom i spisom przypominającym roczniki statystyczne wyrywkowo towarzyszy prezentacja przykładów. Zdumiewające jest jednostronne ich podawanie.. Ani razu nie obejmują one organizacji religijnych, związanych z konfesjami wymienianymi w rosyjskiej konstytucji.

Z książki wyłania się obraz Rosji zdanej na łaskę organizacji dalekich od Cerkwi, monasterów, kościołów katolickich, wspólnot islamskich czy żydowskich, choć w rzeczywistości jest inaczej. Dzięki religijnym fundacjom, instytutom, wspólnotom – także katolickim – wprowadzono do konstytucji FR – w ramach jej nowelizacji – odwołanie do Boga, obronę wartości religijnych, definicję małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Uwzględnienie tego typu informacji w książce kłóciłoby się z jej polityczną poprawnością,  która nakazuje ich rugowanie, a jednocześnie lansowanie fundacji finansowanych przez USA – takich jak fundacja Aleksieja Nawalnego.

Autorka dwukrotnie wymienia tę fundację  i ani słowem nie wspomina o wyroku sądowym dla jej szefa za przestępstwa finansowe. Najtrafniejszym podsumowaniem tej książki jest stwierdzenie faktu, iż właśnie on występuje w niej jako pozytywny działacz i bohater,  a nie występuje Aleksander Sołżenicyn – i związana z nim fundacja Dom Russkogo Zarubieżja – ani patriarcha Wszechrusi Cyryl i dziesiątki firmowanych przez Cerkiew organizacji pozarządowych. Jak widać rusofobia nie musi mieć charakteru otwartej walki z Rosją i sytuować ludzi nauki na pierwszej linii frontu. Wystarczy, że stanowią jej zaplecze.

Prof. Anna Raźny

Myśl Polska, nr 11-12 (14-21.03.2021)

Redakcja