OpinieŚwiatPasjonarność czy tkwienie w objęciach trupa?

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

„Wierzę w pasjonarność, w teorię pasjonarności. To właściwie tak, jak w przyrodzie – w społeczeństwie mamy rozwój, apogeum i obumieranie. Rosja jeszcze nie osiągnęła apogeum. Jesteśmy w marszu, marszu na szlaku rozwoju” – oświadczył Władimir Putin, przyznając tym samym, że podziela słynną teorię Lwa Gumilowa, wybitnego uczonego, historyka i etnologa.

Wszystko zatem przed Rosją i Rosjanami, którzy – według tej interpretacji – należą do narodów młodych, dysponujących niespożytkowaną jeszcze energią i potencjałem.  Słowa te padły w czasie, gdy Rosja stała się obiektem kolejnej, zorganizowanej nagonki dezinformacyjnej ze strony tzw. Zachodu. Nagonki, do której tradycyjnie już przyłączyły się z entuzjazmem i polskie elity polityczne.

Żenujący spektakl, jaki rozegrał się po wizycie wysokiego przedstawiciela Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Josepa Borrella w Moskwie, doprowadził do obustronnych zapowiedzi, że całkiem realne staje się zerwanie relacji pomiędzy UE a Rosją. Zaciera z tego powodu ręce Waszyngton, który po czterech latach napięć okresu prezydentury Donalda Trumpa zdaje się odzyskiwać pole na Starym Kontynencie. Pojawia się na horyzoncie ryzyko, że Europa przekształci się w kontynentalną „Polskę”, wiszącą u klamki Stanów Zjednoczonych, z własnej woli pozbawiającą się nie tylko samodzielnej roli w stosunkach międzynarodowych, ale i jakiejkolwiek podmiotowości, której warunkiem jest przecież swoboda manewru.

W tym kontekście wyjątkowym spokojem i realizmem charakteryzują się wypowiedzi Siergieja Ławrowa, doświadczonego ministra spraw zagranicznych i wytrawnego dyplomaty, który po pierwsze stwierdził, że Federacja Rosyjska da sobie radę bez UE, a po drugie – że Bruksela to nie Europa. Faktycznie, w ujęciu cywilizacyjnym Europa to dużo więcej niż obecna formuła integracji polityczno-ekonomicznej. Cóż, właściwie – w świetle przemian kulturowych ostatnich dekad – Rosja staje się bardziej europejska od samej Europy; uzmysłowił to wszystkim prezydent Putin podczas swojego głośnego wystąpienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, gdy stwierdził wyraźnie, że to właśnie ona bronić będzie choćby prawa do życia prywatnego ludzi przed zakusami korporacyjno-państwowego cyfrowego totalitaryzmu.

Szef rosyjskiego MSZ dał też do zrozumienia, że na Starym Kontynencie Moskwa ma partnerów na poziomie poszczególnych krajów. Oznacza to zmniejszenie potencjału negocjacyjnego państw europejskich. Blok integracyjny miał szansę rozmawiać z Moskwą, jak równy z równym, dążyć do uzyskania statusu samodzielnego bieguna w kształtującym się świecie wielobiegunowym. Poszczególne państwa narodowe w Europie rozmawiać będą teraz być może w pojedynkę z mocarstwem politycznym, militarnym i surowcowym. Może radę dadzą tu Niemcy, dysponujący istotnym potencjałem i cieszący się nadal w Moskwie pewnym szacunkiem. Innym będzie ciężko. Polska rozmawiać będzie sama ze sobą, bo nikt na jej kolejne enuncjacje nie zwróci szczególnej uwagi.

Wróćmy jednak do Rosji. Wspomniana przez Putina pasjonarność przejawia się również w polityce zagranicznej Federacji Rosyjskiej. Polega na elastyczności i gotowości do otwierania się na coraz to nowe kierunki współpracy. Niedawno znakomity, młody rosyjski sinolog Nikołaj Wawiłow wspomniał, że całkiem możliwe staje się zawarcie ścisłego sojuszu polityczno-obronnego przez Moskwę i Pekin. Mógłby on wręcz polegać na przystąpieniu Chin do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, zainicjowanej niegdyś przez Rosję. Mielibyśmy wówczas do czynienia z blokiem, przy którym NATO wyglądałoby jak sklerotyczna, rachityczna i pozbawiona większego sensu struktura. Po powrocie z oficjalnej wizyty w Moskwie przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Kalibaf oświadczył zaś, że jego kraj wychodzi na ostatnią prostą w negocjacjach dotyczących akcesji do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. To też organizacja zainicjowana przez stronę rosyjską. Rosja nie musi być europocentryczna. Stoją przed nią otworem inne kierunki rozwoju, w tym ten najbardziej dynamicznie rozwijający się – azjatycki. A także ten nadal w pewnym stopniu pasjonarny, choć obecnie pogrążony w chaosie – islamski.

W tej sytuacji kurczowe trzymanie się przez polskie elity rządzące jednego seniora zza oceanu, wydaje się nie tylko samo w sobie upokarzające, ale na dodatek coraz mniej higieniczne. Przytulanie się do trupa Zachodu skończyć może się bowiem przeniesieniem procesów gnilnych i na nas. Choć chciałoby się wierzyć, że – w myśl teorii pasjonarności – Polacy też nie są jeszcze narodem starym i schodzącym ze sceny.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 9-10 (28.02-7.03.2021)

 

 

 

Redakcja